czwartek, 28 kwietnia 2016

Chłopiec w kuchni

        Edukacja w domu to nie tylko  liczenie, czytanie, pisanie itd. To również nauka życia praktycznego. Jakże pożytecznego.

        Gdy ma się trzech synów, trzeba sobie któreś dziecko przysposobić w kuchni ;). Póki co chętny jest Filipowski, choć młodszy braciszek też nie pogardzi doznaniami sensorycznymi, które można doświadczyć w tej części domu. Mąka, makarony, kasze i ryże, ba, nawet oliwa nie jest zła. Oczywiście najlepiej, gdy wszystko znajdzie się na podłodze.




        Filipowski obiera marchewki, wyrabia mięso na klopsy, obiera ogórki, trzepie naleśniki z wbijaniem jajek włącznie.  Część czynności została udokumentowana.












         Miki też nie chce być gorszy. On doskonali się w obieraniu ziemniaków.

         Przygotowywanie posiłków to sama przyjemność :).

niedziela, 24 kwietnia 2016

Angielski z panią Dorotą

          Uczeń, który lubi swego nauczyciela, lubi także przedmiot, którego się uczy.
          Chłopcy uwielbiają panią Dorotę. Tak się uczą angielskiego:
















Posłuchajcie  Pani Rity klik .   
Każdy kto wspomni swoje lata szkolne, zgodzi się z panią Ritą.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Projekt "Ptaki w Polsce"

          Od jakiegoś czasu zapoznaję swoje dzieci z różnymi gatunkami ptaków. Czytaliśmy, obserwowaliśmy. Teraz wymyśliliśmy nowy projekt :). Do zabawy zaprosiliśmy rodzeństwo cioteczne. Tym sposobem powstała sześcioosobowa ekipa żądna wrażeń (z mamą równie żądną wrażeń jest nas siedmioro):
Mikołaj
Filip
Kacper
Jaś -  10 l.
Julcia- 10 l.
Kubuś-10 l.

Tak na marginesie, to fascynujące jest to, jak ci starsi, szkolniacy, z zapałem i entuzjazmem podeszli do naszego projektu. Gotowi są nawet wstać o piątej rano, ale o tym za moment. I nie dostaną za to żadnej szkolnej noty.  :) (to akurat na plus ;)). 
Pomysłów jest wiele, postaramy się je realizować. Cały okrągły rok będzie co robić.

Poznajemy gatunki ptaków w postaci bitów  inteligencji w wersji elektronicznej i papierowej,  oczywiście slajdów będzie coraz więcej. Zaczęliśmy od dwudziestu gatunków. Kubuś zapamiętał wszystkie w jeden dzień.



Karty w wersji drukowanej służą do zabaw w memo, kto szybciej odgadnie, dopasowywanie, zadawanie zagadek i co nam przyjdzie do głowy.

Każdy również zobowiązał się do obserwowania ptaków i ich zwyczajów  w swoim otoczeniu.

Zaglądamy  do gniazd i budek lęgowych różnych ptaków:


I najważniejsze, doświadczamy, czyli zaopatrzeni w aparaty, lornetki i notatniki wychodzimy w teren!
Niezbędną wiedzę o obserwacji ptaków czerpiemy z tej strony.


Las to miejsce, które kochamy.


Takie wyjście w teren to niezwykła frajda dla dzieci, tym bardziej że udało nam się dostrzec kilka gatunków. Emocji nie brakowało. Rosną nam młodzi miłośnicy przyrody. Serce roście.





 Na samym wejściu do lasu powitały nas dwie sójki. Potem były jeszcze inne ptaki.



Spacerująca zięba



Pokazał się nam piękny gil, nawet usiadł na ziemi blisko nas, już prawie miałam go w obiektywie, gdy Kacperek go skutecznie pogonił.



Urocza pliszka siwa
I niezidentyfikowany przez nas osobnik, może szczygieł?

Szczygły zaobserwowaliśmy w siedlisku dziadka Beniusia.




Każde dziecko oprócz lornetek, wydruku slajdów dostało również plansze edukacyjne. My swoje oprawimy w antyramę i powiesimy w naszej domowej "pracowni", która może niedługo powstanie.


Kolejna wyprawa, jeśli nic nam nie przeszkodzi, w sobotę o świcie, bo ptaki wiosną najaktywniejsze są właśnie o tej porze. Mamy taki plan: 5 rano - jesteśmy w punkcie obserwacyjnym :) u cioci Teresy, która mieszka przy samiutkim lesie i gdzie pojawia się dużo ptaków. Nawet w tamtym roku gniazdowały u nich dudki. Mamy nadzieję, że uda nam się go zobaczyć :). W planach też obserwacja czajki, bo wiemy gdzie  ma siedlisko. Także, zapraszamy na kolejne wpisy :)



sobota, 2 kwietnia 2016

Zanurzanie w języku

    Idealną sytuacją jest, gdy dziecko wychowuje się w rodzinie wielojęzycznej. Naturalnie przyswaja kilka języków. Ale dzieci rodzin jednojęzycznych, też mogą sobie jakoś radzić, nie są na straconej pozycji. Jestem całkowicie świadoma, że nie przyswoją języka w takim stopniu, jak w idealnym wzorcu, ale to nic. Ważne, że się rozwijają, a najważniejsze, że rodzi się w nich miłość do języka obcego. A ona zaprocentuje.

          Jak wspomniałam w poprzednim poście zanurzenie w języku, osłuchiwanie się,  jest kluczowe. Mózg powinien być zbombardowany językiem naokoło: piosenki wpadające w ucho podczas jazdy samochodem,  podczas posiłków czy kąpieli. Jeśli pozwalamy dzieciom na bajki, to niech są one w języku obcym. Otaczajmy również dzieci książkami obcojęzycznymi. Przeczytajmy jakąś przed snem (nie musimy znać języka, wystarczy poprosić znajomego o zapis fonetyczny). Sami nauczmy się prostych wierszyków czy kołysanek i śpiewajmy je do snu. Nauczmy się również prostych zdań typu: do you want tea; did you know, what can I do, give me..., show me, where is..., I don't know itd. Używajmy tych zwrotów w codziennym życiu. Można je sobie powiesić w widocznym miejscu, by o nich pamiętać.
         W pierwszym etapie nie wymagajmy mówienia. Proces osłuchiwania się musi trwać długo, liczony jest w dziesiątkach godzin, jak nie setkach. Mózg musi się osłuchać. Pociecha sama kiedy zechce zacznie mówić. Ja już słyszę podczas zabaw w walk  (nie wiem skąd u nas popyt na zabawy w pokaz siły) zdanie I'm strong.  Albo mamy taką zabawę. Syn mnie o coś prosi, ale jestem zajęta i odwlekam spełnienie prośby w czasie. Wypowiedzenie prośby in english :) podrywa mnie do góry i chciał nie chciał nie ma odwlekania. Skutek:  zdanie Can I have a.....(sandwich, drink, tea, spoon, banana) jest codziennie nadużywane.

        W związku z rozwijaniem językowych zdolności dzieci, znalazłam wspaniałe książki. (Jeśli chodzi o naukę języka to Muzzy jest nadal na pierwszym miejscu u nas :) ). Mogą doskonale służyć i młodszym i starszym, którzy sami zaczynają czytać.  Tak w ogóle jest to świetny trening dla mózgu, gdy czytamy i jednocześnie słuchamy, a z tymi książkami się tak da. Do naszego mózgu dociera wtedy obraz i dźwięk,  co znacznie ułatwia zapamiętanie. Dodatkowo zapamiętujemy całe zwroty i konstrukcje gramatyczne mimowolnie, nie wiedząc o tym. Konstrukcje te pozwalają potem na swobodne posługiwanie się językiem, a nie dukanie i zastanawianie się, jakiego czasu mam użyć i jak był on skonstruowany. Jest to seria Disney English First readers. Razem z bajkowymi przyjaciółmi dzieci odbywają ciekawe przygody, tekst nie jest nudny i trudny.




Książka zawiera płytę z wersją po angielsku. Może ją sobie odsłuchać rodzic, by wiedzieć, jak czytać, mogą ją sobie odsłuchiwać dzieci jednocześnie patrząc na tekst angielski i polski. Doskonały sposób na docieranie do mózgu szerszymi kanałami.




Tekst w książce jest napisany po angielsku, a obok po polsku.












A  na końcu oczywiście słowniczek. Z jednej książeczki dziecko wynosi nawet sporo słówek.









Kolejne książki tej serii tym razem z piosenkami, rytmiczne, wesoło, zapadające w pamięć.















Kolejne książki niby dla starszych, ale i  młodsi z chęcią posłuchają .Tekst jest nadal ciekawy, troszkę dłuższy.






U góry każdej strony jest słowniczek:




A na końcu tekst po polsku, gdyby ktoś czegoś do końca nie zrozumiał.



Przy okazji kupiłam też takie oto zeszyty, ale takie średnie są.








Nabyłam również płytę z serii Magic English (jest ich chyba ze 20 w serii). Kupiłam jedną na wypróbowanie. Są na niej bajki, zadania, piosenki, ale dla mnie jakoś zbyt głośne, zbyt dużo obrazu. Raczej rozprasza uwagę dziecka niż skupia.




Ale za to polecam książkę z płytą:







I na koniec Mikołaj "zanurzający się w języku". Ogląda Litlle red tractor i głośno wykrzykuje słowa, które zna i wyłapał z tekstu.





Szkoła nie nauczy języka obcego!


         W szkole uczyłam się rosyjskiego, niemieckiego i angielskiego. Z rosyjskiego pamiętam alfabet, z niemieckiego zdanie Ich bin Schulerin, z angielskiego kilkanaście słów. I jeszcze... z nauką języków obcych kojarzy mi się ogromny stres. Do dziś mam sny, że kończę szkołę, mam wszystko zaliczone i nagle pojawia się paniczna myśl, że przecież nie mam zaliczonego angielskiego i nic nie umiem. I się wybudzam.
         Całe życie myślałam, że jestem całkowitym językowym beztalenciem. Aż do teraz, gdy postanowiłam nauczyć się angielskiego. Nie ma językowych beztalenci, tak samo jak poligloci nie mają jakiś specjalnych wrodzonych uzdolnień. Oni jedynie posiedli wiedzę, jak się uczyć, by się nauczyć. Śmiem twierdzić, że każdy dorosły jest w stanie nauczyć się języka obcego, nie mówiąc już o dzieciach.
          Nie mogę się doczekać, kiedy dzieci zasną, bym mogła siąść na dwie godziny do tego bardzo znienawidzonego angielskiego. I dopiero teraz! zrozumiałam bardzo ważną rzecz. Eureka! To nie we mnie tkwił problem a w szkole. W szkole nie nauczymy się języka obcego choćbyśmy chodzili do niej dwadzieścia lat!!! Szkoła jest w stanie wpoić w nas blokady przed mówieniem. 
         Dowody z życia wzięte (odbyłam interesujące rozmowy w Święta ze znajomymi ;)).

          Młody mężczyzna. Uczył się w szkole rosyjskiego i niemieckiego. Nic a nic nie potrafi powiedzieć w tych językach. Był 1,5 roku w Danii. Przyswoił angielski w stopniu biegłym. W jego pracy, gdy była potrzeba rozmowy po angielsku, proszeni do niej były osoby, które na maturze z ang. uzyskały wysokie noty. Tylko te osoby nijak nie mogły się dogadać!!! A znajomy, jak się domyślacie, owszem. Dla mnie wniosek jest przerażający. Po ok. 10 latach nauki języka w szkole, nie potrafimy mówić. Lingwiści niech sobie studiują po 10 lat język! Można nauczyć się go w rok. I to z przyjemnością. Ile naszego czasu zmarnowano, ile wpojono złych nawyków, ile stresu.... Robię się wściekła na samą myśl o tym. Jednego nie udało się systemowi całkowicie... stłumić chęci do dalszej nauki. Lingwiści niech sobie studiują po 10 lat język!

        Kolejny młody mężczyzna, pracujący w zachodnim państwie. (Też nauczył się sam języka będąc na obczyźnie, nie w szkole rzecz jasna.) Podchodzi do niego ok. 10-letnia dziewczynka (angielski nie jest jej ojczystym językiem) i swobodnie rozmawia po angielsku. Czym się różnią nasze polskie dziesięciolatki od tych na Zachodzie??? Nasze dzieci znają kolory, zwierzęta, parę czasowników, może części ciała, przybory biurowe i chyba tyle... niestety do prawdziwego "mówienia" im daleko. Czy to ich wina?

     Sami mężczyźni mi służą za przykłady. Ten też wyjechał do pracy, też się nauczył języka. Nie ma żadnego problemu z komunikacją, w pracy wyręczył  szkolonego PANA TŁUMACZA, który nie potrafił tłumaczyć. Wszystko powie, ale nie nazwie tego, co powiedział, nie wie jakiego czasu użył, pojęć gramatycznych nie zna wcale. Certyfikatu nie będzie zdawał. Ale mówi i rozumie.

    Koleżanka tym razem. Wyjechała do pracy do UK po maturze, którą zresztą  świetnie zdała z  angielskiego. Pewna była swoich językowych umiejętności, a na miejscu szok i stwierdzenie, że zupełnie inaczej się mówi. Jest na miejscu, przyswaja język niemal od nowa. 

      Przykładów można by było mnożyć bez końca. Nie przeczę, że może ktoś nauczył się języka i w szkole, ja raczej nikogo takiego nie znam. Posiadłam wiedzę, jak się uczyć. A trzeba robić to od najlepszych, czyli od poliglotów. Długo zgłębiałam tajniki wiedzy jak się uczyć, by się nauczyć. Wierzcie mi, gramatyka jest nieistotna, podchodzi się do niej na szarym końcu  w przeciwieństwie do szkolnego systemu. Pierwszym i najważniejszym filarem jest osłuchanie i zanurzenie się w języku. Szkolnych błędów jest sporo (czy są jakieś pozytywy???), ale nie będę się o nich teraz rozpisywać.
     Pragnę ułatwić swoim dzieciom naukę angielskiego. Oczywiście ideałem jest rodzina wielojęzyczna (w której dziecko wzrasta z językiem i odbywa się to zupełnie naturalnie), ale my do takiej nie należymy. Ale jest  wiele alternatyw, by dziecko z językiem obywać od najmłodszych lat i budzić w nim miłość do nauki, a nie generować stres i niechęć. Kolejny post będzie o jednym z takich sposobów.