poniedziałek, 21 września 2015

W przedszkolu

Dzieci kolorują leśne zwierzęta. Miki ma łosia.
- Mikołaj nie wychodź poza linie - koryguje pani Hania.
- Proszę pani, ale łoś jest przecież włochaty - usprawiedliwia się przedszkolak.

P. S. Mikołaj w przedszkolu odnalazł się znakomicie. Nie było żadnego okresu adaptacyjnego. Dodam, że rano budzi mamę i przypomina, że przecież on MUSI iść do przedszkola.

sobota, 15 sierpnia 2015

Obserwacja ptaków latem


          Wokół siebie obserwujemy wiele ptaków. Dzięki temu znamy takie gatunki (bo widzieliśmy je na własne oczy): wróble, sroki, dudki, jaskółki, dzięcioły, szpaki, wrony, żurawie, łabędzie,  bociany, gołębie, kopciuszki, czasem naszym oczom ukaże się jakiś jastrząb, a i zimową porą oczywiście sikoreczki.

Przed domem rośnie modrzew. Pod modrzewiem stoi huśtawka. Na dzikie gołębie, które założyły nad nami gniazdo napatrzyliśmy się godzinami. Jednak młode odleciały i gniazdo opadło. Właściwie to się niszczyło wraz ze wzrostem piskląt. Młode się nie mieściło, więc siadało na gałązce.



Fiu, fiu... ile wróbli mieszka na naszym podwórku. Były i szpaki, ale gdzieś się już przeniosły. Nie ma ani jednego.



Pod dostatkiem mamy też jaskółek, którym przyglądamy się uważnie. Cały dzień, od rana do nocy, tylko latają i łapią owady, by wyżywić swe żarłoczne potomstwo.





Sroki też do nas zaglądają. Wyjadają psu żarcie z miski.

Odwiedzamy też czasem Błaszczakowe bociany - które już od paru ładnych lat mieszkają w sąsiedztwie. W tym roku pani bocianica z panem bocianem mają tylko jedno bocianiątko. Szkoda, że już niedługo odfruną.



Kopciuszkom przyglądaliśmy się, gdy jechaliśmy do cioci Teresy na herbatkę. Uwiły sobie gniazdko na werandzie, ale też już gdzieś odleciały po drugim gniazdowaniu. Szkoda, że nie cyknęliśmy im zdjęcia.

Ostatnio zagląda do nas nawet dzięcioł średni! Cieszymy się z tego gościa niesamowicie. Zauważyliśmy, że częstuje się orzechami z naszych leszczyn, przysiada na dębię, roztłukuje orzechy i zjada robale. Na ziemi same łupinki jak po wiewiórkach. Przy okazji poznaliśmy (oczywiście z książki) dzięcioła szarego, dużego, zielonego.








Bawimy się w ornitologów. Nawet zaczęliśmy kolekcjonować ptasie pióra. Jak na początek mamy sporo piórek. A to tata coś znajdzie, a to sami coś tam przyniesiemy z łąk.


Wszystko należy do żurawia

Piękne pióro sroki
Chyba jaskółka
Chyba bocian
Piórko wróbelka







            Podczas oglądania piór dokładnie przyglądamy się poszczególnym częściom i operujemy precyzyjnym słownictwem:


            Na bieżąco uzupełniamy swoje wiadomości o ptakach. Znaleźliśmy pióro sroki, to czytaliśmy o sroce, przyleciał dzięcioł - my zaraz do książki i sprawdzaliśmy, gdzie gniazduje, co je, jakie są jego charakterystyczne cechy.  Książka Kruszewicza jest dla nas niezwykle pomocna. Polujemy też na książkę tego autora "Czyje to pióro?", ale nigdzie nie ma.




       Cykl rozwojowy ptaka (i nie tylko) pojawia się w naszej grze. Tym sposobem poznaliśmy ziębę i perkoza dwuczubego.










                   A przed snem czytamy wspaniałą książkę Lecha Zaciury o ptakach. Jest to lektura całoroczna. Bohaterami są ptaki, wiele ptaków: czyżyk, sikorka bogatka, dzięcioł szary, rybółów, bocian, gawron, sowa i wiele innych.  Zwierzęta są uosobione i w barwnych ich przygodach poznajemy zwyczaje i zachowania ptaków w konkretnej porze roku. Książkę czyta się więc cały rok.
"Czyżyk i spółka" Lecha Zaciury, bo o tej pozycji jest mowa:






Filipek bardzo się wzruszył historią pana bociana, który musiał pozostać w Polsce, podczas gdy pani bocianowa odleciała z dziećmi do Afryki.



           W planach mamy stworzenie własnego atlasu ptaków, no i musimy gdzieś poukładać i opisać pióra, bo póki co leżakują sobie w pudełku wszystkie razem.

Lato na wsi...










środa, 10 czerwca 2015

Jak nauczyć dziecko jeździć na rowerze?

      Bardzo szybko, łatwo i przyjemnie, bez upadków.
      Kiedyś (czyt. jak nie miałam dzieci)  nie miałam zbyt pochlebnego zdania o rowerkach biegowych. Teraz myślę, że te pojazdy są cudowne. Nie tylko do nauki utrzymywania równowagi. Od samego początku dają dziecku poczucie, że potrafi jeździć. 
      Miki miał 3,5 roku. Pojeździł na rowerku biegowym 3-4 dni, po czym przesiadł się na zwykły dwukołowy rowerek i pojechał. Od razu.  Dziś to prawdziwy mistrz kierownicy. Ostatnio przejechaliśmy sześciokilometrową  trasę.
       Fifiś ma 2 lata i 10 miesięcy. I jeździ na dwukołowym rowerku:


Od wczesnej wiosny szaleje na rowerku biegowym. Śmiga. Jakby urodził się na rowerze. Z kolei na takim dużym traktorku załapał zasadę pedałowania. I tym sposobem dosłownie w 5 min nauczył się jeździć na rowerze. 
     Rowerek pedałowy powinien być taki jak biegowy, tzn. dziecko, gdy czuje, że traci równowagę musi mieć możliwość "złapania gruntu" nogami. A taką umiejętnością dzieci jeżdżące na rowerkach biegowych posługują się doskonale.

piątek, 5 czerwca 2015

Operacja "Kwiat"

    Do tematu przymierzałam się od dawna, właściwie odkąd zaczęły kwitnąć tulipany. Jednak ostatnio, co mi bardzo doskwiera, to ciągły brak czasu. Mam wiele pomysłów, które pozostają niezrealizowane.Tulipany przekwitły, ale kwiatów całe szczęście nie brakuje.
     Pod lupę wzięliśmy kwiat, sprawdzaliśmy z czego się składa. Na razie podział był tylko na płatki korony, pręciki, słupek, kielich, działki kielicha i szypułkę. Nożyczki poszły w ruch:

Na początek poszły maki. Wszystkie kwiaty zostały obcięte.






Potem bez. I wszystko inne, co w tym czasie kwitło w ogrodzie...





Operacja trwa. Wycinanie, odrywanie, dzielenie na części pierwsze. (Za jakiś czas wszystko będzie można oglądać pod mikroskopem.)









Ogród został ogołocony. Z braku maków trzeba było powycinać i pąki (to już sprawka Filipa). Ale zainteresowanie pozostało. Miki, gdy zobaczy jakiś kwiat, mówi: "Mamo sprawdzimy, czy są pręciki/słupek".


Chłopcy przygotowali też biedronki do ogrodu i robaczki:






Twórczy szał




wtorek, 2 czerwca 2015

Stan polskiego szkolnictwa... moje refleksje

            Muszę to napisać, bo żółć się ze mnie wylewa, jak  to wszystko widzę, słyszę i obserwuję...
        Zaznaczam na wstępie, że wiem doskonale, że SĄ w polskich szkołach nauczyciele z powołania, którzy robią coś więcej niż przewiduje ustawa, że im się chce, że kochają dzieci i młodzież. Jednostki te zarażają uczniów swoją pasją, przedmiot staje się lubiany a dany nauczyciel doceniony. Doceniony przez uczniów i rodziców, bo to jest najwłaściwsza ocena jego pracy.
      W swojej edukacji trafiłam na dobrych polonistów, biologów. I historyka w liceum. Z wykształcenia jestem polonistką. I chyba to nie przypadek. Od początku edukacji trafiłam na dobrych pedagogów. No może z jednym małym wyjątkiem, ale to tylko rok, była inna nauczycielka. A biologię kochałam zawsze. Nawet w dzieciństwie marzyłam, by być zoologiem.  I to chyba wszyscy, których miło wspominam. A! jeszcze przecież cudowna pani od edukacji wczesnoszkolnej... tak za nią tęskniłam, że wakacje były dla mnie za długie. I to chyba wszyscy, których ja doceniłam, których wspominam z sentymentem.
         Świetni nauczyciele istnieją, jednak jest ich niewielu.
       Jest i druga strona medalu. Uważam, że (a jest to moja subiektywna opinia) 70-80 % procent nauczycieli w państwowych placówkach  wykonuje swoją pracę trochę gorzej...  Przykłady z życia wzięte:
- pani od nauczania wczesnoszkolnego mówi do klasy: jak ktoś nie pojedzie na wycieczkę, to przyjdzie do nich pani dyrektor i zrobi taki trudny sprawdzian, że nikt go nie napisze (proszę, ile motywacji do nauki);
- mój 9-letni siostrzeniec jakiś czas miał zastępstwo z inną panią, która cały czas krzyczała; cała klasa jednogłośnie okrzyknęła ją czarownicą; siostrzeniec i jego kolega (i wiele innych dzieci zapewne)  na krzyk reaguje wycofaniem, nic już do niego nie dociera, nie potrafi się skupić, nie pracuje;
- "nauczycielka" od historii czytała nam podręcznik na lekcjach;
- pani (ta od straszenia dyrektorką) wzięła ucznia przed tablicę (ucznia z trudnościami, agresywnego, który wymaga specjalnego wsparcia) i mówi, że teraz jak nie wykona polecenia, to cała klasa będzie się z niego śmiała, a to dlatego, że wcześniej dokuczał innej dziewczynce;
- liceum, matematyczka wrzuca zadania w googla, bo nie potrafi rozwiązać - uczniowie ten proceder obserwują;
- uczniowie po trzyletniej edukacji w gimnazjum, nie wiedzą, kim był Kochanowski;
- gimnazjalne masówki to w ogóle horror, na wspomnienie już drżę, że moje dzieci będą musiały się tam uczyć;
- do znajomej, która prowadzi szkołę językową dla dzieci, zgłaszają się kandydatki z dyplomem, które nawet nie potrafią mówić po angielsku, nie znają podstawowych słów;
- na podyplomówce miałam przyjemność poznać panią, której pisano pracę podyplomową za pieniądze o I wojnie światowej, a ona sama nawet nie potrafiła wymienić obozów walczących w wojnie (kto z kim). W gimnazjum uczyła polskiego, plastyki, geografii (po takiej samej podyplomówce), no i teraz miała nauczać jeszcze historii.
               Przykładów można podawać jeszcze wiele. Każdy z nas zna je z własnych doświadczeń.
            Uważam, że same podyplomówki i prywatne uczelnie są niemałym problemem. Wiem, co mówię. Sama pokusiłam się o studia podyplomowe z historii. I z całą szczerością mogę powiedzieć, że na maturę byłam solidniej przygotowana. Nie odważyłabym się uczyć historii nawet w gimnazjum. Wszystkie zaliczenia prawie na obecność, a nawet jak  na ocenę, to co to za problem, jaki wysiłek... Płacisz,to przecież  masz. A jeszcze niektórzy narzekali, bo jak to, płacą tyle pieniędzy, a jeszcze obrona. Przecież w Pł.... wystarczyło napisać pracę, bez egzaminów późniejszych.  A w szkole jest zapotrzebowanie na matematyka, o , to nauczyciel wczesnoszkolny i włefista w jednej osobie kończy roczny "kurs" i jest także matematykiem (tak, z życia wzięte, pracowałam w tej szkole). Chcecie kogoś od przyrody. Nie ma sprawy. A jeśli praca nie przeszła przez plagiat.pl, bo połowa zaczerpnięta z internetu, parafrazuje się ją jeszcze raz i wszystko gra. A kto pisze prace naukowe? Je się zleca do napisania. Nie ma innego wyjścia, jak się chce kończyć uczelnie wyższe a pięciu zdań się nie potrafi sklekcić. A jeszcze na temat! 
             A gdzie pasja? Gdzie zamiłowanie? Szkoda gadać.
            Nie wiem, czy nie powinno się wrócić do jednolitych pięcioletnich studiów, na które, żeby się dostać trzeba było zdać egzamin. Nie wiem, czy wina leży po stronie polityków. W którą stronę zmierza polska edukacja? Już widać efekty tej całej amerykanizacji i testowej formy wszelkich sprawdzianów, odpowiadania pod klucz, oduczanie ludzi myślenia.  Po czyjej stronie leży wina? Gdzie szukać rozwiązań. Nie wiem.
           Marzyłam o edukacji domowej, ale pomysłu nie udało się  przeforsować, a Miki oficjalnie został zapisany  i od września rozpoczyna swoją przygodę z państwową edukacją.
          Żółć jeszcze chyba długo będzie zalewała moją wątrobę...