Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasz księgozbiór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasz księgozbiór. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 sierpnia 2018

Fenomen Astrid Lindgren

        Obliczono, że ze wszystkich wydanych książek Astrid Lindgren można ustawić  175 wież Eiffla lub potrójnie opasać nimi kulę ziemską. Jej powieści przetłumaczono na 73 języki. Pokochały ją dzieci na całym świecie. W wieku 60 lat wspinała się na drzewo. Kim była Astrid Lindgren?

 



Astrid Lindgren.  O miłości do niej na naszym blogu już było, bo na mapie literatury dziecięcej jest ona fenomenem, brylantem, najjaśniejszą gwiazdą, zjawiskiem, więc nie sposób nie wracać do tej postaci i jej twórczości.

ASTRID LINDGREN dla mnie jest pisarką ponadczasową, fenomenalną i niedoścignioną. Tak pisać dla dzieci mógł tylko ktoś, kto znał, kochał i rozumiał dzieci przez całe swoje życie. Nawet już  będąc staruszką, nie zabrakło w niej dziecięcej wrażliwości. Miała także wybujałą wyobraźnię jak dziecko. Wykreować Pipi... mistrzostwo.

Astrid podarowała dzieciom na całym świecie najpiękniejsze prezenty, które można otwierać i otwierać, i otwierać.  I ja zostałam przez nią obdarowana. Ronja, córka zbójnika i Rasmus i włóczęga to książki mojego dzieciństwa, czytane z wypiekami na twarzy, gdy dzień zacierał się z nocą. Dziecięcia moje również prezenty od Astrid Lindgren ciągle otwierają. 

Kochają Madikę, Lottę, całe Bullerbyn,  no i oczywiście Emila, który na naszej czytelniczej liście od lat zajmuje pierwsze miejsce. Czytany od góry do dołu, od prawej do lewej i odwrotnie. Czytany do poduszki i zaraz po wstaniu. Nigdy do znudzenia. Wspaniały, wzruszający do łez, dający  ubaw po pachy, rodzinny, codzienny, refleksyjny, z troskami, radościami.


       Chylę czoła wyobraźni Astrid Lindgren za to, że powołała do literackiego świata tyle dziecięcych postaci, które stają się przyjaciółmi dzieci na całym świecie od wielu lat. A nawet odmieniają ich losy. (Do poczytania w książce o Astrid).


Mój podziw wzrasta tym bardziej, im bardziej odkrywam jej życiorys. Wydawałoby się, że wiodła szczęśliwe życie w Smalandii, pisała, obserwowała dzieci. Stała się sławna i jej życie jeszcze bardziej się poprawiło. Ale rzeczywistość nie była tak różowa. Z wyjątkiem dzieciństwa. Gdy śledzi się losy Astrid, zauważa się, że całą swą twórczość oparła na dzieciństwie. Ono stało się źródłem twórczej inspiracji, jak gdyby doświadczyła tylko tego okresu swego życia.


Sama Astrid nie kryła tego, że to właśnie szczęśliwe dzieciństwo, przepełnione poczuciem bezpieczeństwa i harmonii w chłopskim gospodarstwie w Nas, na skraju Vimerby w Smalandii było tym fundamentem  na całe życie. Razem z trójką rodzeństwa i rodzicami, którzy obdarowywali siebie i dzieci miłością, wzrastała w poczuciu wolności i bezpieczeństwa. Ilekroć opowiadała w życiu dorosłym o tych czasach, zawsze to był obraz utrzymany w jasnych barwach. Świat zabaw, doświadczania natury, życia rodzinnego, beztroskiej zabawy, przyjaźni, czytaniu książek, wysłuchiwaniu opowieści.




           Mamę Astrid, Hannę, dzieci darzyły ogromnym respektem. Nie obejmowało się jej i nie przytulało. Hanna zachowywała się w sposób typowy dla ówczesnego środowiska. To raczej ojciec, Samuel, przyjmował te nieliczne oznaki miłości i radości. Wykraczał swoją otwartością i czułością poza przyjęte ramy. Astrid opowiadała, że pamięta jedną jedyną sytuację, gdy przytuliła ją matka. Było to po jej długiej nieobecności w domu. Matka spontanicznie ją przytuliła, a Astrid sytuację tę zapamiętała do końca życia. Obraz rodzinny dopełnia rodzeństwo, z którym Astrid była bardzo zżyta. Gunnar i Ingegerd zmarli dosyć szybko, lecz pozostałe siostry do późnego wieku łączyła szczególna więź. 

      Okres bycia nastolatką w opowieściach Astrid Lindgren traci na blasku, aczkolwiek według mnie wyłania się całkiem ciekawy obraz dziewczyny z lekkim buntowniczym usposobieniem, trochę łobuziary, odważnej i niepoddającej się konwenansom. Jako pierwsza w Vimerby ostrzygła włosy na garsonkę. Ludzie podchodzili do niej na ulicy i prosili by zdjęła kapelusz. Chcieli zobaczyć jej fryzurę. Wywołało niemałą sensację w tak konserwatywnym środowisku. Nie przestrzegała wieczornych godzin powrotu do domu, lubiła tańczyć, kochała jazz, wywijała różne żarty nauczycielom. Jej przyjaciółką była Anne Marie, zwana Madicken, która pochodziła z dobrego domu, z tak zwanych "wyższych sfer". O ile okres bycia nastolatką w oczach samej Astrid, jest dużo mniej interesujący, to dalsze jej losy przynoszą wiele smutku, samotności i cierpienia.

Dopiero, gdy bardziej zagłębimy się w dorosły świat Astrid,  dostrzegamy w nim smutek, melancholię, mroczne cienie. Im dalej w życie, tym ich więcej. 


W 1926 roku w Vimerby stał się prawdziwy dramat, który kalał imię całej rodziny. Młodziutka, zaledwie osiemnastoletnia Astrid, zaszła w ciążę. A wszystko stało się jeszcze trudniejsze, gdy Astrid powzięła decyzję, że nie chce mieć nic wspólnego z ojcem dziecka. Z domu wyrzuciła się sama. Rodzice byli co prawda załamani, ale równie gotowi do udzielenia pomocy. Żadna siła jednak nie mogła powstrzymać Astrid, by miała pozostać w Vimerby "w tym środowisku żmij", bo nie pozostawiono na niej suchej nitki. Skandal wydawał się wszystkim niebotyczny. Astrid uciekła do Sztokholmu, gdzie zapisała się na kurs stenografii i maszynopisania, wynajęła stancję z innymi dziewczynami. Ze swoich problemów nie zwierzała się nikomu poza jedną osobą, która udzieliła jej pomocy. Przypadkiem w gazecie trafiła na wzmiankę o Evie Anden - adwokat, która broniła praw kobiet, szczególnie samotnych matek. Do niej się zgłosiła. Astrid za jej sprawą pojechała do Kopenhagi - tam rodziły samotne matki, by ich dzieci nie były objęte przymusem informowania władz i ewidencji ludności o narodzonym dziecku. Adwokatka znalazła rodzinę, w której przyszłej matce zapewniono pobyt i która to rodzina stała się rodziną zastępczą dla jej synka Larsa.

Astrid wróciła do Sztokholmu, wydawałoby się jako nastolatka, ale jej dusza naznaczona była już inną tożsamością. Stała się matką. Jej życie staje się walką o zapewnienie bytu synkowi, z którym jest rozłączona. Po różnych perypetiach, otrzymała posadę asystenta i redaktora w Królewskim Klubie Automobilowym. Warto dodać, że swe skromne pensje przeznaczała na bilety do Kopenhagi. Przez jeden z takich wyjazdów straciła nawet pracę, bo bez żadnego zwolnienia opuściła miejsce pracy, by jechać do synka. Czuła ulgę, że jej kochany malec wychowuje się w normalnej rodzinie, że doświadcza miłości.

Nie sposób wspomnieć o wizycie Astrid w domu dziecka. Jedna z jej koleżanek miała bardzo lekkomyślny stosunek do swej urodzonej córeczki, którą pozostawiła w domu dziecka i nigdy już jej nie odwiedziła. Astrid postanowiła to zrobić za nią. Tak wstrząsnął nią widok dzieci pozbawionych miłości:

     "Wewnątrz domu panował zaduch, smród moczu mieszał się z odorem stęchlizny. dzieci zachowywały się jakoś dziwnie. Rzuciły się na mnie. Przywiozłam torebkę cukierków dla Britt, bo tak się nazywała dziewczynka. Wychowawczyni wzięła je i rozdzieliła między dzieci. Ale nie dla wszystkich starczyło. jeden chłopczyk był tak zawiedziony, że rzucił się na podłogę i uderzył o nią głową. Po chwili zerwał się i krzycząc, zrobił to samo, w skrajnej rozpaczy!
       Wzięłam Brittę w objęcia. Siedziała, cały czas jęcząc, nie powiedziała ani słowa. Gdyby tylko mogła powiedzieć, czego się boi i czym się martwi! To wyglądało zupełnie tak, jak gdyby chciała powiedzieć "Właściwie to bardzo się tu boję być, a jeszcze bardziej boję się powiedzieć, dlaczego się tego boję.""

*M. Stromstedt, Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości, przeł. A. Węgleńska, Warszawa 2015, s. 181.

Kiedy w grudniu 1929 roku dowiedziała się, że zastępcza matka jej synka jest chora i nie może się dłużej nim opiekować, a on sam jest przekazywany z miejsca do miejsca, w jej serce wlany został smutek na zawsze. W końcu zabrała syna do siebie, a Hanna, jej matka, zdecydowała, że Lars nie może wychowywać się na stancjach i w 1930 obydwoje zawitali do Nas, wzbudzając wśród mieszkańców kolejny skandal. Lokalnej sprzedawczyni nie mogło przejść przez gardło słowo panna, gdy się zwracała do młodziutkiej mamy.

Nas jak wcześniej było rajem dla małej Astrid, teraz stało się krainą szczęśliwą dla jej synka. Mógł się wałęsać, gdzie tylko chciał. Gdzie była jego liczna rodzina i gdzie wszyscy go kochali. Lasse pozostał, a Astrid kontynuowała pracę w Sztokholmie, gdzie poznała swego przyszłego męża, który był jej przełożonym.

Życie na Vulcanusgatan z mężem, dzieckiem, przyjaciółmi, dorywczą pracą dawało jej poczucie bezpieczeństwa. W 1934 pojawiła się córeczka Karin, ta która wymyśliła Pippi, ta od której zaczęła się pisarska przygoda jej mamy. Astrid wypłynęła na szerokie wody. I choć Pippi przez dorosłych była bardzo krytykowana, zyskiwała sympatię dzieci na całym świecie. Dla dorosłych demoralizująca o niechlujnym języku, wulgarna, bez zasad; dla dzieci zabawna, z ciekawym życiem, prawdomówna, błyskotliwa.  Astrid dostawała setki listów od dzieci z całego świata. 

Książek Astrid Lindgren przybywało, a ona stała się chyba najbardziej rozpoznawalną dziecięcą pisarką. A prywatnie? Mimo bogacenia się, którym była przerażona, żyła skromnie i nigdy nie inwestowała. Nie kupiła sobie domu, żyła prosto i skromnie.  Największą "fanaberią", na jaką sobie pozwoliła było kupno i odrestaurowanie domu dzieciństwa, gdzie teraz mieści się muzeum. Mieszkańcy Vimerby byli z niej dumni...


Przez lata chwile izolowania się od ludzi i samotności, były coraz cenniejsze. W 1969 zmarł jej ojciec, a ona  zanotowała w dzienniku, że jak pusto zrobi się na ziemi po odejściu tak kochanego, i tak dobrego i serdecznego do szpiku kości człowieka. Matka zmarła osiem lat wcześniej.  W 74 w jej sercu powstaje kolejna pustka po śmierci brata Gunnara. Między nimi więź była szczególna. 


Życie po 70, na emeryturze było szczególne. To czas, gdy proszono Astrid by włączała się w różne akcje. Bolała nad przejawami rasizmu, odbierała nagrody, była melancholijna, ale w smutek nie popadała. Nie zabiegała o popularność, ba, nawet jej nie chciała, a ona nie malała, a nabierała w siłę. Sława... a za nią idące pieniądze. Jej mieszkanie na Dalagatan nie zmieniało się od lat czterdziestych. 

"Jakie życie jest dziwne - wzdycha dziewięćdziesięcioletnia, odrobinę zmęczona Astrid. - Tak niesamowicie krótkie, a mimo to tak strasznie długo się wlecze".

*M. Stromstedt, Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości, przeł. A. Węgleńska, Warszawa 2015, s. 317.

W 1993 Astrid uległa wypadkowi. Samochód prowadzony przez Larsa wpadł na skalną ścianę. On sam wyszedł bez szwanku, ale Astrid miała poważne obrażenia. Prasa wybuchła lamentem. Jej poczucie humoru nie opuściło, żartowała, że w szpitalu uczestniczyła w Wielkim Biegu Bab. 

Z biegiem lat Astrid Lindgren straciła wielu przyjaciół i bliskich, umarł również jej syn, po śmierci którego trudno było się jej pozbierać.


28 stycznia 2002 roku Astrid Lindgren zasnęła  spokojnie w swoim mieszkaniu na Dalagatan. Gdy nastał wieczór pod jej mieszkaniem zgromadziło się kilkaset osób. 

Biografia pisarki została przeze mnie skrócona maksymalnie. Do tych kilku zdań. Ale zachęcam wszystkich do jej przeczytania. Znajdziemy o wiele więcej wspomnień, ciekawostek, wzruszeń, nostalgii, podziwu.



    Astrid Lingdren w zupełności nie obchodzili dorośli czytelnicy. Za to od pierwszych zdań do tej pory łapie za serduszka małych czytelników. Wchodzi z nimi  w szczególny kontakt i już go nie traci.
      A czy dziś dzieci potrzebują anarchistycznej i potrzebującej swobody i wolności Pippi?




czwartek, 26 lipca 2018

Nowości książkowe, na które czekamy z niecierpliwością - lato/jesień 2018

        Ostatnio  polecaliśmy klasykę dziecięcą, a dziś nowości wydawnicze, których nie możemy się doczekać. A zapowiada się ciekawie. Oczywiście jest to przegląd hiperobiektywny, bo na rynku wydawniczym tyle się dzieje, że po pierwsze nie sposób wszystkiego ogarnąć, po drugie nie sposób wszystkiego kupić, a po trzecie - nie da rady tego przeczytać ;). No ale do rzeczy.


Pararampam pam!!!





wtorek, 24 lipca 2018

Kultowi bohaterowie #2 ŻWIREK I MUCHOMOREK


        Na rynku książkowym ciągłe nowości, wszystkie książki piękne, cudowne i  wspaniałe, i nic dziwnego, że każdą chciałoby się mieć na półce. W każdym miesiącu pojawiają się jakieś perełki, którym i my nie możemy się oprzeć. Pamiętajmy jednak i o klasyce, o bohaterach kultowych, od których my czerpaliśmy całą gamę emocji.  Z całego serca zachęcam do sięgania po piękne starocie. Dla nas rodziców to również nostalgiczna podróż po ścieżkach dzieciństwa. Co powiecie na Żwirka i Muchomorka?


piątek, 28 lipca 2017

Kultowi bohaterowie #1 HAŁABAŁA

książki dla dzieci, skrzat, krasnoludek, Hałabała


Króciuteńka książeczka. Z dziesięcioma króciuteńkimi opowiadaniami, nostalgicznymi i sentymentalnymi.  Aż  chciałoby się zamieszkać z Hałabałą w jego dziupli i towarzyszyć mu w każdej przygodzie. Obserwować cztery pory roku w lesie. Poznać wiewiórkę-rudoskórkę i jeże. Herbatkę z kwiatu lipowego zaparzyć w garnuszeczku i suszoną jagódką przegryźć. A nawet miotełeczką wysprzątać dziuplę.

sobota, 1 lipca 2017

Skarby natury - rohatyniec nosorożec

     


     Nie  potrzeba wyjeżdżać w jakieś egzotyczne miejsce, by móc odkrywać. Dziecko, żądne poznawania i odkrywania, zainteresuje zwykła mrówka, ślimak  chowający się do muszli czy kretowisko. Łąka, pole, las odkrywają przed nami swoje tajemnice.

niedziela, 5 marca 2017

O czym może marzyć Gębolud? „Gębolud” Roksana Jędrzejewska-Wróbel

Gębolud
Roksana Jędrzejewska - Wróbel
Ilustracje: Agnieszka Żelewska
stron 36
Wydawnictwo Bajka
cena okładkowa 24, 90

         Kolejna WSPANIAŁA NOWOŚĆ od Wydawnictwa Bajka!!! Po kilku latach znowu pojawia się opowieść o Gęboludzie w nowej odsłonie, z drobnymi zmianami i w pięknej szacie graficznej.

czwartek, 12 stycznia 2017

Etgar Keret w pigułce




Etgar Keret - izraelski pisarz, mistrz  opowiadań, napisał (jak do tej pory) cztery książki dla dzieci. Jak twierdzi, dla dzieci pisze tak jak dla dorosłych. Jest nawet wielu rodziców, którzy czytają jego opowiadania dla dorosłych dzieciom. 

środa, 11 stycznia 2017

wtorek, 10 stycznia 2017

Nie tylko Pucio uczy się mówić...

       
 

  Kacperek ma dwa latka i miesiąc. Mówi pojedyncze słowa "tak po swojemu". Rozglądałam się za czymś, co pomogłoby nam w rozwoju mowy. Trafiłam na Pucia, który uczy się mówić. 

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Jastrząb poluje, czyli mamy ochotę na Zaciurę

            Napadało śniegu. Na balkon wystawiliśmy karmnik z ziarnem słonecznika. Przylatują do nas bogatki, modraszki, wróble zwyczajne i mazurki. Czasem pojawił się dzwoniec. Tak sobie siedzimy w naszym saloniku i obserwujemy ptaki. Za oknem śnieg, a u nas przytulnie i cieplutko. W karmniku zwykle jest bardzo gwarno. Sikorek zatrzęsienie. I prawie pięć kilo słonecznika już poszło. A dzisiejszego ranka kręciło się całe stadko dzwońców chętnych na nasz słonecznik. Z kolei na nie chętny był jastrząb... 


piątek, 25 listopada 2016

"Ja i moja siostra Klara" D. Inkiow, J. Mahboob

         Znacie to uczucie, gdy książka tak nas wciąga, że nie wiadomo, kiedy minął dzień (albo, że to już dzień), że nie czuje się głodu, że się przepada całkowicie...

        

środa, 19 października 2016

Jak zachęcić dzieci do czytania książek???



 
Co zrobić, żeby nasz mały zajączek przybiegał do nas z książką, gdy my jeszcze śpimy :)? Jak sprawić, by nasz umiejący czytać starszak wybrał książkę zamiast komputera? 
Zostałam kiedyś zapytana, co zrobić, by nastolatek zechciał zacząć czytać książki? Pierwsza myśl, która mi się nasunęła, to przecież trzeba było zacząć od kołyski, że z mlekiemmatki, wtedy nie byłoby problemu... czym skorupka nasiąknie... Ale! potraktowałam to jako wyzwanie... spróbujcie doczytać do końca, to zobaczycie, jakiej rady udzieliłam :). 

sobota, 18 czerwca 2016

Najlepszy prezent i jak nauczyć dzieci historii

           Za kilka dni dotrze do nas kolejna paczka z zamówionymi książkami, podczas gdy nie pochwaliliśmy się prezentami na Dzień Dziecka. A co mogli dostać chłopcy?


No dobra, nie same książki. Jeszcze traktory.



Największa z książek (formatem), wspomagająca liczenie, przedstawiająca ciekawostki matematyczne o 365 pingwinach. Historia zaczyna się od jednego pingwina, który przybywa do pewnej rodziny i tak z każdym dniem pingwinów przybywa.











Kolejna książka także wspomaga naukę liczenia tym razem do100. Nie wiadomo kiedy i do setki jest policzone, bo nie jest to suche przeliczanie, a oparte na pewnej wciągającej historii. Dzieci się nie nudzą.







             Idziemy dalej. Tym razem też liczenie, ale i poznawanie ptaków. To co nas teraz wciąga najbardziej. Rzecz się dzieje na pewnej jabłoni. W każdym tygodniu przysiada na nią inny ptak, drzewo się bardzo zmienia w ciągu roku. Zmieniają się i ptaki, i warunki, w których przyszło im zdobywać pożywienie. Ta książka z pewnością jeszcze zagości na blogu, bo realizujemy z nią pewien "ptakowy" projekt.










         Jeśli mówimy o ptakach, to nie możemy w żadnym wypadku pominąć tej książki:



Potwierdzam, że jest to encyklopedia dla całej rodziny. Piękne fotografie ptaków, wiele ciekawostek, cud miód i orzeszki. Moi ornitolodzy nie mogli by jej nie mieć.



Kolejne cudo także z wydawnictwa Multico. Też nie możemy jej nie mieć. Z pewnością będzie długo służyła. Wspaniała, zachwycająca, świetna. Łał! Spójrzcie sami :)












Powyższa książka to prawdziwa skarbnica wiedzy przyrodniczej każdego ciekawego szkraba.

A teraz skacząc od przyrody do historii... wspaniała sprawa, by zachęcić dziecko do poznawania historii, pewnie przede wszystkim dla dzieci ciut starszych, ale kto zabroni poznawać historię Polski sześciolatkowi czy czterolatkowi. Poszczególne opowiadania zachęcają do dyskusji i sięgania dalej i dalej. Książka nadaje się także do czytania przed snem, bo w wciągający sposób przemyca wiedzę historyczną.










     A teraz coś lekkiego do poczytania. Jedna z całej kolekcji o przygodach Petssona i Findusa.










I nasza książka na teraz. Połkniemy ją w najbliższych dniach. Jako miłośnicy Neli nie możemy nie posiadać jej ostatniej książki:



sobota, 2 kwietnia 2016

Zanurzanie w języku

    Idealną sytuacją jest, gdy dziecko wychowuje się w rodzinie wielojęzycznej. Naturalnie przyswaja kilka języków. Ale dzieci rodzin jednojęzycznych, też mogą sobie jakoś radzić, nie są na straconej pozycji. Jestem całkowicie świadoma, że nie przyswoją języka w takim stopniu, jak w idealnym wzorcu, ale to nic. Ważne, że się rozwijają, a najważniejsze, że rodzi się w nich miłość do języka obcego. A ona zaprocentuje.

          Jak wspomniałam w poprzednim poście zanurzenie w języku, osłuchiwanie się,  jest kluczowe. Mózg powinien być zbombardowany językiem naokoło: piosenki wpadające w ucho podczas jazdy samochodem,  podczas posiłków czy kąpieli. Jeśli pozwalamy dzieciom na bajki, to niech są one w języku obcym. Otaczajmy również dzieci książkami obcojęzycznymi. Przeczytajmy jakąś przed snem (nie musimy znać języka, wystarczy poprosić znajomego o zapis fonetyczny). Sami nauczmy się prostych wierszyków czy kołysanek i śpiewajmy je do snu. Nauczmy się również prostych zdań typu: do you want tea; did you know, what can I do, give me..., show me, where is..., I don't know itd. Używajmy tych zwrotów w codziennym życiu. Można je sobie powiesić w widocznym miejscu, by o nich pamiętać.
         W pierwszym etapie nie wymagajmy mówienia. Proces osłuchiwania się musi trwać długo, liczony jest w dziesiątkach godzin, jak nie setkach. Mózg musi się osłuchać. Pociecha sama kiedy zechce zacznie mówić. Ja już słyszę podczas zabaw w walk  (nie wiem skąd u nas popyt na zabawy w pokaz siły) zdanie I'm strong.  Albo mamy taką zabawę. Syn mnie o coś prosi, ale jestem zajęta i odwlekam spełnienie prośby w czasie. Wypowiedzenie prośby in english :) podrywa mnie do góry i chciał nie chciał nie ma odwlekania. Skutek:  zdanie Can I have a.....(sandwich, drink, tea, spoon, banana) jest codziennie nadużywane.

        W związku z rozwijaniem językowych zdolności dzieci, znalazłam wspaniałe książki. (Jeśli chodzi o naukę języka to Muzzy jest nadal na pierwszym miejscu u nas :) ). Mogą doskonale służyć i młodszym i starszym, którzy sami zaczynają czytać.  Tak w ogóle jest to świetny trening dla mózgu, gdy czytamy i jednocześnie słuchamy, a z tymi książkami się tak da. Do naszego mózgu dociera wtedy obraz i dźwięk,  co znacznie ułatwia zapamiętanie. Dodatkowo zapamiętujemy całe zwroty i konstrukcje gramatyczne mimowolnie, nie wiedząc o tym. Konstrukcje te pozwalają potem na swobodne posługiwanie się językiem, a nie dukanie i zastanawianie się, jakiego czasu mam użyć i jak był on skonstruowany. Jest to seria Disney English First readers. Razem z bajkowymi przyjaciółmi dzieci odbywają ciekawe przygody, tekst nie jest nudny i trudny.




Książka zawiera płytę z wersją po angielsku. Może ją sobie odsłuchać rodzic, by wiedzieć, jak czytać, mogą ją sobie odsłuchiwać dzieci jednocześnie patrząc na tekst angielski i polski. Doskonały sposób na docieranie do mózgu szerszymi kanałami.




Tekst w książce jest napisany po angielsku, a obok po polsku.












A  na końcu oczywiście słowniczek. Z jednej książeczki dziecko wynosi nawet sporo słówek.









Kolejne książki tej serii tym razem z piosenkami, rytmiczne, wesoło, zapadające w pamięć.















Kolejne książki niby dla starszych, ale i  młodsi z chęcią posłuchają .Tekst jest nadal ciekawy, troszkę dłuższy.






U góry każdej strony jest słowniczek:




A na końcu tekst po polsku, gdyby ktoś czegoś do końca nie zrozumiał.



Przy okazji kupiłam też takie oto zeszyty, ale takie średnie są.








Nabyłam również płytę z serii Magic English (jest ich chyba ze 20 w serii). Kupiłam jedną na wypróbowanie. Są na niej bajki, zadania, piosenki, ale dla mnie jakoś zbyt głośne, zbyt dużo obrazu. Raczej rozprasza uwagę dziecka niż skupia.




Ale za to polecam książkę z płytą:







I na koniec Mikołaj "zanurzający się w języku". Ogląda Litlle red tractor i głośno wykrzykuje słowa, które zna i wyłapał z tekstu.