Mikołaj, Filip i Kacper pragną poznawać świat jak każde inne dzieci. Ja im tylko w tym pomagam, bo jestem przekonana, że to najpiękniejszy prezent, jaki im mogę podarować.
Dziś daję Mikołajowi kartkę z napisem zoo. Odczytuje z pamięci bezbłędnie. Dalej proszę o przeliterowanie i wskazanie liter.
- Z-O-O.
Świetnie. I jakie to miłe - zbieranie skutków nauki czytania metodą globalną. Miki zna kilka liter, ale 'Z' nigdy mu nie pokazywałam, nie mówiłam. Nie znał, ale znał. Powoli nadchodzi uświadomienie.
Proces nauki czytania u Mikołaja trwa. Jedną nogą stoi w czytaniu globalnym, drugą nogę odważnie stawia w czytanie analityczno-syntetyczne. Bez problemu głoskuje trzyliterowe słowa. Dodam, że u nas nic nie ma systematycznie. Raczej falami. Jak matematyka, to pochłania nas liczenie do reszty, jak czytanie to czytanie.
Równocześnie z czytaniem - pisanie. Tak, mój synek dostał natchnienia. W każdej chwili coś skrobie. A mama publikuje teksty (czytaj: umieszcza je na lodówce) i puchnie z dumy.
Nauka czytania trwa. Uczy się całe rodzeństwo. Uczę ich ja, uczą się nawzajem, młodszy starszego, starszy młodszego. A z pewnością dzięki takiemu stanowi rzeczy wzrasta ich motywacja, gdyż dla nich zabawa w słowa jest czymś naturalnym, od kołyski.
Słowa ogląda najmłodszy Kacperek. Dwa zestawy po trzy razy dziennie.
Do oglądanych słów rechocze, dlatego nie muszę zważać na jego humor, bo same karty poprawiają mu nastrój. Z drugiej strony, czemu ma się nie cieszyć. Albo leżakuje, albo królewicz jest noszony, albo nachalnie obstąpiony przez rodzeństwo, więc sesje są odskocznią od tej monotonii. Póki co wszystko odbywa się w miarę systematycznie, z przyjemnością. Ja wyjątkowo mam przygotowany grafik wywieszony na lodówce, i tym razem mam zamiar się go trzymać i razem z Kacperkiem przejść przez wszystkie etapy. Ale i tak gdzieś tam pozostaje takie niedowierzanie, że ten Maluszek dostrzega słowo, że je zapamiętuje. No ale za moimi plecami stoi cały sztab fachowców: Doman, małżeństwo Minge, dr Czerska (choć jej osobistej metody nie znam, czytam bloga, i wiem tylko, że ona też propaguje czytanie globalne, szkoda, że przeszkolenie jest takie drogie mhm) i oczywiście Pani Maria Trojanowicz - Kasprzak. I oni wszyscy mi szepczą, pokazuj, bo możliwości dziecięcego mózgu są niesamowite i szkoda je marnować.
Takie oglądanie kart chyba nic nie dało Filipkowi, choć może tak nie do końca, bo... tak naprawdę to pojawiły się dwie długie przerwy (bardzo długie) w pokazywaniu słów, no i nie doszłam z nim nawet do etapu krótkich zdań. Więc nawet z tych pokazywanych raczej nic nie pamiętał. A i wprowadzone słowa nawet w zabawie nie były zapamiętane. Już zaczęłam myśleć, że robię coś źle, gdy któregoś dnia zauważyłam, że jednak coś w tej małej łepetynce zostaje. I tak z Filipem bawię się w słowa (często równocześnie z Mikołajem - dla niego to powtórka) a także wprowadzam mu czytanie sylabowe - trochę ściągam z metody krakowskiej (ale i trochę wprowadzam zmian).
Zobaczymy, co z tego miksa wyniknie. Fifiś tymi zabawami zachwycony, sam się dopomina. Hit to zabawa w samolot. Moi pasażerowie siedzą w samolocie (czyt. na huśtawce), a żeby lecieć wysoko i daleko muszą wykupić bilet (czyt. przeczytać słowo globalnie). I tak na przykład lądują na Antarktydzie, a tam goni ich niedźwiedź polarny albo inny straszliwy zwierz. Na każdym kontynencie coś ciekawego się znajdzie. (I tu liczę na podziw i uznanie Drogiego Czytelnika (jeśli takowy się tu w ogóle pojawił), że ja, zwykła matka, realizuję program Ministerstwa Oświaty, by kształcenie było zintegrowane. Proszę i czytanie, i przyroda, o i liczenie muszę wprowadzić! i naukę języka obcego!). Się rozpisałam. Wracając do tematu. Filip czyta kilkanaście słów globalnie, zna samogłoski, poznaje sylaby z "p", ale jako krótkie słowa globalne. Trochę pokręciłam, tzn. że za każdą sylabą kryje się konkret. I gdy nie pamięta sylaby mówię:- Fifiś a jak mówił koń, którego bolały zęby? - Pyyyyyy. - A no jasne, że py. Świetnie.
Albo innym razem trzeba wjechać samochodzikiem do garażu - słowa, albo trzeba dane słowa podać pacynce do zjedzenia. A już jest najlepiej, jak o dany wyraz kłócą się pluszaki. Wiele zabaw wymyślonych na poczekaniu. O na przykład, w ogródku dostawałam błotne breje do jedzenia (pyszne zupy i co tylko moja dusza mogła sobie zażyczyć do jedzenia). To pach, rozkładam zalaminowane sylaby, słowa i mówię: -Poproszę kanapkę "auto" . I na auto jest nasypany piasek, położona trawa. I dostaję kanapkę do jedzenia. Dzieci zadowolone. I mama zachwycona, że przechytrzyła smyków, czytanie wprowadziła. I mimo, że cały dzień spędzony na powietrzu, czytanie zrealizowane.
A czasem wystarczy tylko obejrzeć prezentację PP w komputerze.
Filip jest na początku drogi, ale posuwamy się małymi kroczkami do przodu.
Mikołaj. Mikołaj od półtora roku czyta globalnie (też ma na koncie dwie długie przerwy), część wyrazów zapomniał, ale i wiele pamięta. Pojawiło się zainteresowanie literami. -Mama a okulary to zaczynają się na O. - Mama a ta literka to tak jak w słowie kot. Itp. Nawet proste krótkie słówka zbudowane z liter, które zna, zaczął głoskować. G ł o s k o w a ć. Nastąpiło to, czego wystrzegałam się rękami i nogami. Dlatego też rozpoczęłam z nim nauczanie sylabowe. I mam nadzieję to głoskowanie wyprzeć, choć to trudne. Ale i globalnie też dalej powtarzamy, dalej poznaje nowe słowa, które wydaje mi się, że łapie szybciej niż na początku.
Pozbierałam wszystkie elementarze, jakie w domu mam, spisałam słowa, zwroty, jakie dziecko poznaje na początku.
I tu pojawiło się "czytanie stolikowe", które oczywiście nie sprawiło tyle frajdy, co wcześniejsze zabawy. I zaczęło się kręcenie nosem!
A ja myślałam, co tu począć. No ale jeśli to czytanie nazwać odszyfrowywaniem kodów piratów, a na koniec mama zarzuca syna na ramię i gna z nim na wyspę skarbów, ooo to całkiem co innego, zmienia postać rzeczy. - Mamo pobawimy się w wyspę skarbów? - Mikiś, ale to musimy iść na górę, bo tam są kartki (jesteśmy na dworze). - No to co. - No dobra, to chodź. I nie myślcie sobie, że ta wyspa skarbów to słodycz czy nowa zabawka. Pewnie i mój budżet by tego nie wytrzymał. Wyspa skarbów, to pająk na suficie, kamień na dworze, szuflada, która kryje wiele staroci, a nawet (i tu przepraszam za słownictwo) sraki ptaków na balkonie. Czy to nie cudowne, że byle czym można zachęcić dziecko do czytania? :)
P.S. A kto jest masochistą, może jeszcze poczytać o mojej niegasnącej miłości do czytania globalnego, o tu.
Zgromadziliśmy niezłą kolekcję zwierząt ze Schleicha. Figurki te są świetną pomocą edukacyjną, bardzo dokładnie odzwierciedlają rzeczywisty wygląd zwierząt. Ich jedyna wada to cena... Moi chłopcy bardzo lubią się nimi bawić. A wykorzystujemy je na różne sposoby. Na przykład w czytaniu globalnym. Bawimy się w zoo. Rozkładam na podłodze słowa z nazwami zwierząt - są to klatki ze zwierzętami. Miki do tych klatek wsadza zwierzęta. Potem jest wykupywanie biletu, spacerowanie po zoo, karmienie zwierząt. Filip nam w tym towarzyszy, Miki instruuje młodszego brata, gdzie, które zwierzę ląduje.
Pingwin przeżył swoją przygodę życia, bo ciągle lądował w zamrażarce. Biedak stracił nogę i łapę, ale troskliwy Mikołaj chciał mu zapewnić odpowiednie warunki bytowe.
Zwierzęta te zaprowadzamy również do ich domu - kontynentu, na którym mieszkają. Rozkładamy mapę i ustawiamy figurki w odpowiednie miejsca.
(Słabe zdjęcie, ale mapa jest super, duża i ma miejsce na wklejenie odpowiednich zwierząt. Kupiliśmy ją razem z książką w Biedronce.)
Trochę też czytamy, oglądamy, rozmawiamy, naklejamy naklejki.
I już sławna pozycja Mizielińskich.
Czasami też Miki przychodzi i prosi o pokazanie mu jakiegoś filmiku o danym zwierzęciu. Oczywiście pomocą służy nam You Tube. (Póki co najbardziej pasjonują go żarłoczne i niebezpieczne zwierzęta)
Ostatnio Mikołaj też składał takie gotowe origami. Powstały papierowe zwierzęta.
A najlepiej chyba zwierzęta poznawać "na żywo". Na jesieni byliśmy w zoo w Płocku, wiosną wybieramy się do Warszawy.
Z małym dzieckiem jest dużo prościej, pokazujemy mu słowo, mówimy i tyle. Ze starszym jest już troszeczkę więcej zachodu. Filip pije mleko i przedstawiam mu wyrazy albo pokazuję prezentacje na komputerze. Czasami też ogląda słowa podczas zabawy ze starszym bratem.
Z Mikim trzeba się bardziej nagimnastykować. Ma to być zabawa i to dobra, aby go interesowała. Musi też mieć wewnętrzne przekonanie, że słowo trzeba zapamiętać, tzn. dziecko ma być zmotywowane. Gdy Mikołaj sam poda słowo, jakie ma być wydrukowane, zapamiętuje je niemal od pierwszego razu. Np. takim słowem jest złodziej, bo ostatnio gdzieś usłyszał, dopytywał, ja opowiadałam i tak emocjonalnie do niego podchodził, przejmował się tym, że to zły człowiek. Czyli doszły uczucia i słowo zostało zapamiętane natychmiastowo. Ale są słowa, że je maglujemy tydzień, dwa i nic, ciągle się mylą albo w ogóle umykają z pamięci.
Innym moim sprawdzonym sposobem jest wykorzystywanie pacynek, które wykonują coś czego nie lubią, a jak to wykonują to Mikołaj dobrze się bawi i szybko się uczy. Miki zapamiętuje słowo, by je wykorzystać w "dokuczaniu" pluszakowi. Pacynką, która nam ostatnio w tym pomaga, jest gąsienica. (Tak ją nazwaliśmy, bo w ogóle to pewnie jakaś postać z bajki, której nie znamy.) Przedstawiam naszego pomocnika.
A tak wygląda nasza zabawa w czytanie globalne, szczególnie wtedy, gdy zapoznajemy zupełnie nowe słowa (dlatego tylko dwa), czyli jak zmotywować dziecko do zapamiętania wyrazu:
Tak się wszystko złożyło, że mieliśmy dłuższą przerwę w czytaniu globalnym. A to ja byłam chora, a to chłopaki, a to wiosna nadeszła... i tak nam jakoś było nie po drodze. Liznęliśmy tylko kilka nowych słów.
Ale obudzona Konkursem Wiosennym u Pani Marii Trojanowicz - Kasprzak (pochwalimy się, że wygraliśmy nagrodę :)) i upominaniem się Mikołaja o drukowanie nowych wyrazów z radością powróciliśmy do zabawy. Niezwykle mnie to ucieszyło, że Miki sam mnie zmobilizował i tęsknił za tymi zabawami. I to co mnie jeszcze zaskoczyło - Mikiś pamięta większość wyrazów - nawet te, które nie były powtarzane. Od jutra zabieramy wyrazy ze sobą na podwórko!
U nas niezawodne do zabawy w czytanie okazały się pluszowe zwierzaki i wszelkie pacynki. Miki uwielbia takie zabawy, bo jeszcze wierzy w to, że rozmawia z pacynką, że w jej imieniu przemawia mama.
A tak w tym czasie bawiliśmy się w czytanie globalne:
W czytanie globalne bawimy się od dłuższego czasu z różną częstotliwością. Czasem bywa, że codziennie, zdarza się dzień lub kilka dni przerwy, a w okresie świątecznym to i ze trzy tygodnie było "wolne". Ale najważniejsze - konsekwentnie idziemy do przodu. Aktualnie Mikołaj zna ok. 70 słów i rozpoczynamy drugi etap - zwroty. Skupimy się teraz na czasownikach i przymiotnikach. I ciągłym przypominaniu "starych rzeczowników".
Nasza jedna z zabaw z rzeczownikami (a było ich wiele) wyglądała tak:
Jamę ustną Miki sam sobie zażyczył ;).
Główna zasada naszego
"czytania" to zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa. Im śmieszniej, im
więcej wygłupów tym lepiej. A to kolejny filmik, który brał udział w
Konkursie Zimowym pani Marii Trojanowicz - Kasprzak:
I na koniec nasze "przymiarki" do czytania ;). Napisałam Mikołajowi kilka zdań lub zwrotów, z wyrazów które znał. Oto jak sobie poradził:
Będziemy zamieszczać na blogu nasze zabawy z czytaniem i będziemy się chwalić sukcesami ;).
Z niecierpliwością czekałam aż dotrze do mnie książka p. Marii Trojanowicz - Kasprzak:
(Internet)
I oto dziś jest! Zwykle przy chłopcach nie mogę czytać, ale nie czekałam na ich nocny sen, a czytałam w międzyczasie (a to nie takie proste przy półtoraroczniaku, którego ulubioną zabawą jest wspinanie się, na co się da). Za to Miki z zainteresowaniem zajął się przeglądaniem płyty dołączonej do książki i "pomagał" dzieciom odczytywać znajome sobie wyrazy. Jestem zafascynowana metodą globalnego czytania i lubię tego typu pozycje, których nie ma za wiele.
I cóż można powiedzieć? Oby więcej takich pedagogów w naszych szkołach i przedszkolach jak autorka tego poradnika (a chyba niestety jest przeciwnie - takie mam wrażenie)! W poradniku możemy poczytać o realizacji rewolucyjnej metody globalnego czytania, o doświadczeniach autorki, ale także o opiniach rodziców. Interesująca, zarażająca entuzjazmem pozycja. Mnie szczególnie urzekła historia o trollach i piszących do nich dzieciakach. Świetny pomysł. Chyba w odpowiednim czasie też z niego skorzystam :).
Mamy też książeczki p. Marii "To ja ci mamo poczytam", obydwie części.
(Internet)
(Internet)
Chłopcy je uwielbiają - i poziom O, i poziom 1. Miki część już opanował (wyciągam po jednej książeczce i jeszcze nie wszystkie są w użyciu). I ostatnio zauważyłam, że chyba dzięki tym książeczkom z onomatopejami rozwija się mowa Filipka. Nigdy go nie prosiłam o powtarzanie. A któregoś razu sam podekscytowany zaczął naśladować kozę i owcę. Innym razem węża. Sam przynosi książeczkę, pakuje się na kolana i domaga się czytania. Zaczynamy czytać, a Miki zza ściany głośno deklamuje tekst książeczek :).
Nauka czytania metodą globalną to wspaniała zabawa!
Nauka czytania metodą Glenna Domana to dla nas wspaniała przygoda. Jest to ciekawa propozycja na wspólne spędzanie wolnego czasu, zabawę, intelektualny rozwój dziecka, no i oczywiście naukę czytania. Nie ukrywam tego, że bardzo bym chciała, aby chłopcy właśnie w ten sposób nauczyli się czytać, bo jest to moim zdaniem najlepsza z metod. Mam siostrzeńca pierwszoklasistę - zdolny chłopak, ale widziałam, ile trudności sprawiało mu i sprawia czytanie. Jak płakał nad dłuższym tekstem, że on nie chce. Składanie literka po literce jest trudne, uciążliwe i przede wszystkim dziecko czyta bez zrozumienia. Zaczyna skupiać się na rozumieniu czytanego tekstu przy 4-5 próbie czytania. Mozolna nauka. Dodatkowy minus, to to że odbywa się w szkole i jest przymusowa, bo dziecko MUSI w tym czasie nauczyć się czytać i już. (Sama z wykształcenia jestem nauczycielem, ale coraz częściej mam negatywne nastawienie do szkoły - przeraża mnie to, co obserwuję. Ale to już temat na oddzielny post.) Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i czytać uczymy się sami, bo rodzic jest najlepszym nauczycielem dla swego dziecka. Sama jestem ciekawa efektów, nie wiem czy chłopcy nauczą się w ten sposób czytać, ale wiem jedno, nic na tym nie stracą, a wiele zyskają. Jak nie wyjdzie, będziemy próbowali innych metod, ale z pewnością nie czytania literowego.
Rozpoczęliśmy kilka miesięcy temu. Przyznam, że początki dla mnie nie były łatwe. Zakupiłam gotowe zestawy z wydawnictwa Wczesna Edukacja i rozpoczęły się nasze sesje. Jednym z warunków nauki tą metodą jest dobry nastrój dziecka. Z Filipem tak mi się nie dało. Pięć zestawów, które zaleca Doman, daje 15 sesji w ciągu dnia w odstępach po pół godziny. Rano pobudka, karmienie i do południa ze trzy sesje, ale też "naciągane", bo Filip był i jest na etapie ciągłego ruchu. Trochę może nie tak zły, jak ciężki moment na sesje. Koło południa dwugodzinna drzemka, do tego domowe obowiązki, jakiś wyjazd i w żaden sposób nie dawałam rady z sesjami. Czasem miałam wrażenie, że muszę dziecko wprowadzić w dobry nastrój by móc zrealizować sesje. A oczywiście nie tędy droga. Dlatego zmniejszyłam ilość zestawów do trzech, ale nadal było ciężko i dlatego aktualnie realizujemy jeden zestaw dziennie, czasem nawet cztery razy, i jest idealnie. Może wolno, ale tak nam odpowiada. Filip zwykle ogląda wyrazy pijąc mleko, patrzy wtedy z zaciekawieniem. Czasem rozkładam wyrazy na podłodze i się nimi bawimy, często też mu pokazuję prezentację słów na komputerze: pierwszy slajd słowo, drugi slajd obraz. Też go to interesuje. Ile z tego pamięta - nie mam pojęcia. Może kiedyś zechce coś pokazać ;).
Z Mikołajem droga też nie była prosta. Przede wszystkim gotowe wyrazy absolutnie się dla niego nie dawały - zero zainteresowania i zupełnie nie do przyjęcia dla niego były "suche sesje". Tylko brałam kartki do ręki, a on krzyczał, że nie chce. Poradziłam się kompetentnej osoby :) i podeszłam do tego inaczej. To Mikołaj mi zaczął podawać słowa, na które chce patrzeć i którymi się bawić. Zamiast szablonowego "łyżka, widelec itd" pojawiły się słowa betoniarka, orangutan, pantera. Te którymi Mikołaj "żył", z którym miał do czynienia na co dzień, z którymi spotykał się w książkach. Sesje wyglądały też zupełnie inaczej, nie sucha prezentacja, ale zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa. Na początku przeważnie w sklepik ze słowami. I dzięki tej zabawie zauważyłam, że mimo że dane słowo wertujemy już tydzień, to Mikiś w ogóle nic a nic nie pamięta. Napisałam do przewspaniałej p. Marii Trojanowicz - Kasprzak, która prowadzi stronę o czytaniu globalnym i uzyskałam trafną radę. Trzy zestawy po pięć słów to zdecydowanie za dużo jak dla Mikołaja. Żadnego nie zapamiętywał. Rozpoczęliśmy od nowa, od trzech wyrazów i dopiero jak zauważam, że wyraz zapamiętany, idziemy dalej. Chociaż zdarzają się czasami wyrazy, których Miki nie zapamiętuje, ciągle się mylą, zostawiamy je wtedy, może drugi etap nauki przypomni. I się codziennie bawimy. A zasady tych zabaw ciągle się zmieniają np. Mikiś wozi ładowarką słowa do odpowiednich ilustracji, innym razem jest straszne tornado i rozrzuca po całym pokoju słowa i ich rysunkowe odpowiedniki. Miki musi płaczącym słowom odnaleźć ich rysunki. Im więcej przy tym śmiechu, tym lepiej. Z pewnością w ciągłym użyciu jest sklepik.
I nie pilnuję dni, ilości sesji, nie kontroluję wprowadzanych słów. Czasem Miki uczy się ich na tydzień dziesięć, czasem trzy. Raczej skupiam się na ciągłym urozmaicaniu zabaw, by czytanie nie stało się nudne. Na dzień dzisiejszy Miki zna ok. 50 słów.
Będę prezentowała na tym blogu nasze pomysły na zabawy w czytanie.