piątek, 5 czerwca 2015

Operacja "Kwiat"

    Do tematu przymierzałam się od dawna, właściwie odkąd zaczęły kwitnąć tulipany. Jednak ostatnio, co mi bardzo doskwiera, to ciągły brak czasu. Mam wiele pomysłów, które pozostają niezrealizowane.Tulipany przekwitły, ale kwiatów całe szczęście nie brakuje.
     Pod lupę wzięliśmy kwiat, sprawdzaliśmy z czego się składa. Na razie podział był tylko na płatki korony, pręciki, słupek, kielich, działki kielicha i szypułkę. Nożyczki poszły w ruch:

Na początek poszły maki. Wszystkie kwiaty zostały obcięte.






Potem bez. I wszystko inne, co w tym czasie kwitło w ogrodzie...





Operacja trwa. Wycinanie, odrywanie, dzielenie na części pierwsze. (Za jakiś czas wszystko będzie można oglądać pod mikroskopem.)









Ogród został ogołocony. Z braku maków trzeba było powycinać i pąki (to już sprawka Filipa). Ale zainteresowanie pozostało. Miki, gdy zobaczy jakiś kwiat, mówi: "Mamo sprawdzimy, czy są pręciki/słupek".


Chłopcy przygotowali też biedronki do ogrodu i robaczki:






Twórczy szał




wtorek, 2 czerwca 2015

Stan polskiego szkolnictwa... moje refleksje

            Muszę to napisać, bo żółć się ze mnie wylewa, jak  to wszystko widzę, słyszę i obserwuję...
        Zaznaczam na wstępie, że wiem doskonale, że SĄ w polskich szkołach nauczyciele z powołania, którzy robią coś więcej niż przewiduje ustawa, że im się chce, że kochają dzieci i młodzież. Jednostki te zarażają uczniów swoją pasją, przedmiot staje się lubiany a dany nauczyciel doceniony. Doceniony przez uczniów i rodziców, bo to jest najwłaściwsza ocena jego pracy.
      W swojej edukacji trafiłam na dobrych polonistów, biologów. I historyka w liceum. Z wykształcenia jestem polonistką. I chyba to nie przypadek. Od początku edukacji trafiłam na dobrych pedagogów. No może z jednym małym wyjątkiem, ale to tylko rok, była inna nauczycielka. A biologię kochałam zawsze. Nawet w dzieciństwie marzyłam, by być zoologiem.  I to chyba wszyscy, których miło wspominam. A! jeszcze przecież cudowna pani od edukacji wczesnoszkolnej... tak za nią tęskniłam, że wakacje były dla mnie za długie. I to chyba wszyscy, których ja doceniłam, których wspominam z sentymentem.
         Świetni nauczyciele istnieją, jednak jest ich niewielu.
       Jest i druga strona medalu. Uważam, że (a jest to moja subiektywna opinia) 70-80 % procent nauczycieli w państwowych placówkach  wykonuje swoją pracę trochę gorzej...  Przykłady z życia wzięte:
- pani od nauczania wczesnoszkolnego mówi do klasy: jak ktoś nie pojedzie na wycieczkę, to przyjdzie do nich pani dyrektor i zrobi taki trudny sprawdzian, że nikt go nie napisze (proszę, ile motywacji do nauki);
- mój 9-letni siostrzeniec jakiś czas miał zastępstwo z inną panią, która cały czas krzyczała; cała klasa jednogłośnie okrzyknęła ją czarownicą; siostrzeniec i jego kolega (i wiele innych dzieci zapewne)  na krzyk reaguje wycofaniem, nic już do niego nie dociera, nie potrafi się skupić, nie pracuje;
- "nauczycielka" od historii czytała nam podręcznik na lekcjach;
- pani (ta od straszenia dyrektorką) wzięła ucznia przed tablicę (ucznia z trudnościami, agresywnego, który wymaga specjalnego wsparcia) i mówi, że teraz jak nie wykona polecenia, to cała klasa będzie się z niego śmiała, a to dlatego, że wcześniej dokuczał innej dziewczynce;
- liceum, matematyczka wrzuca zadania w googla, bo nie potrafi rozwiązać - uczniowie ten proceder obserwują;
- uczniowie po trzyletniej edukacji w gimnazjum, nie wiedzą, kim był Kochanowski;
- gimnazjalne masówki to w ogóle horror, na wspomnienie już drżę, że moje dzieci będą musiały się tam uczyć;
- do znajomej, która prowadzi szkołę językową dla dzieci, zgłaszają się kandydatki z dyplomem, które nawet nie potrafią mówić po angielsku, nie znają podstawowych słów;
- na podyplomówce miałam przyjemność poznać panią, której pisano pracę podyplomową za pieniądze o I wojnie światowej, a ona sama nawet nie potrafiła wymienić obozów walczących w wojnie (kto z kim). W gimnazjum uczyła polskiego, plastyki, geografii (po takiej samej podyplomówce), no i teraz miała nauczać jeszcze historii.
               Przykładów można podawać jeszcze wiele. Każdy z nas zna je z własnych doświadczeń.
            Uważam, że same podyplomówki i prywatne uczelnie są niemałym problemem. Wiem, co mówię. Sama pokusiłam się o studia podyplomowe z historii. I z całą szczerością mogę powiedzieć, że na maturę byłam solidniej przygotowana. Nie odważyłabym się uczyć historii nawet w gimnazjum. Wszystkie zaliczenia prawie na obecność, a nawet jak  na ocenę, to co to za problem, jaki wysiłek... Płacisz,to przecież  masz. A jeszcze niektórzy narzekali, bo jak to, płacą tyle pieniędzy, a jeszcze obrona. Przecież w Pł.... wystarczyło napisać pracę, bez egzaminów późniejszych.  A w szkole jest zapotrzebowanie na matematyka, o , to nauczyciel wczesnoszkolny i włefista w jednej osobie kończy roczny "kurs" i jest także matematykiem (tak, z życia wzięte, pracowałam w tej szkole). Chcecie kogoś od przyrody. Nie ma sprawy. A jeśli praca nie przeszła przez plagiat.pl, bo połowa zaczerpnięta z internetu, parafrazuje się ją jeszcze raz i wszystko gra. A kto pisze prace naukowe? Je się zleca do napisania. Nie ma innego wyjścia, jak się chce kończyć uczelnie wyższe a pięciu zdań się nie potrafi sklekcić. A jeszcze na temat! 
             A gdzie pasja? Gdzie zamiłowanie? Szkoda gadać.
            Nie wiem, czy nie powinno się wrócić do jednolitych pięcioletnich studiów, na które, żeby się dostać trzeba było zdać egzamin. Nie wiem, czy wina leży po stronie polityków. W którą stronę zmierza polska edukacja? Już widać efekty tej całej amerykanizacji i testowej formy wszelkich sprawdzianów, odpowiadania pod klucz, oduczanie ludzi myślenia.  Po czyjej stronie leży wina? Gdzie szukać rozwiązań. Nie wiem.
           Marzyłam o edukacji domowej, ale pomysłu nie udało się  przeforsować, a Miki oficjalnie został zapisany  i od września rozpoczyna swoją przygodę z państwową edukacją.
          Żółć jeszcze chyba długo będzie zalewała moją wątrobę...

piątek, 1 maja 2015

Nauka czytania

        Nauka czytania trwa. Uczy się całe rodzeństwo. Uczę ich ja, uczą się nawzajem, młodszy starszego, starszy młodszego. A z pewnością dzięki takiemu stanowi rzeczy wzrasta ich motywacja, gdyż dla nich zabawa w słowa jest czymś naturalnym, od kołyski.
        Słowa ogląda najmłodszy Kacperek. Dwa zestawy po trzy razy dziennie. 


                      


      Do oglądanych słów rechocze, dlatego nie muszę zważać na jego humor, bo same karty poprawiają mu nastrój. Z drugiej strony, czemu ma się nie cieszyć. Albo leżakuje, albo królewicz jest noszony, albo  nachalnie obstąpiony przez rodzeństwo, więc sesje są odskocznią od tej monotonii.  Póki co wszystko odbywa się w miarę systematycznie,  z przyjemnością. Ja wyjątkowo mam przygotowany grafik wywieszony na lodówce, i tym razem mam zamiar się go trzymać i razem z Kacperkiem przejść przez wszystkie etapy. Ale i tak gdzieś tam pozostaje takie niedowierzanie, że ten Maluszek dostrzega słowo, że je zapamiętuje. No ale za moimi plecami stoi cały sztab fachowców: Doman, małżeństwo Minge, dr Czerska (choć jej osobistej metody nie znam, czytam bloga, i wiem tylko, że ona też propaguje czytanie globalne, szkoda, że przeszkolenie jest takie drogie mhm) i oczywiście Pani Maria Trojanowicz - Kasprzak. I oni wszyscy mi szepczą, pokazuj, bo możliwości dziecięcego mózgu są niesamowite i szkoda je marnować.
        Takie oglądanie kart chyba nic nie dało Filipkowi, choć może tak nie do końca, bo... tak naprawdę to pojawiły się dwie długie przerwy (bardzo długie) w pokazywaniu słów, no i nie doszłam z nim nawet do etapu krótkich zdań.  Więc nawet z tych pokazywanych raczej nic nie pamiętał. A i wprowadzone słowa nawet w zabawie nie były zapamiętane. Już zaczęłam myśleć, że robię coś źle, gdy któregoś dnia zauważyłam, że jednak coś w tej małej łepetynce zostaje. I tak z Filipem bawię się w słowa (często równocześnie z Mikołajem - dla niego to powtórka) a także wprowadzam mu czytanie sylabowe - trochę ściągam z metody krakowskiej (ale i trochę wprowadzam zmian). 









Zobaczymy, co z tego miksa wyniknie. Fifiś tymi zabawami zachwycony, sam się dopomina. Hit to zabawa w samolot. Moi pasażerowie siedzą w samolocie (czyt. na huśtawce), a żeby lecieć wysoko i daleko muszą wykupić bilet (czyt. przeczytać słowo globalnie). I tak na przykład lądują na Antarktydzie, a tam goni ich niedźwiedź polarny albo inny straszliwy zwierz. Na każdym kontynencie coś ciekawego się znajdzie. (I tu liczę na podziw i uznanie Drogiego Czytelnika (jeśli takowy się tu w ogóle pojawił), że ja, zwykła matka, realizuję program Ministerstwa Oświaty, by kształcenie było zintegrowane. Proszę i czytanie, i przyroda, o i liczenie muszę wprowadzić! i naukę języka obcego!). Się rozpisałam. Wracając do tematu. Filip czyta kilkanaście słów globalnie, zna samogłoski,  poznaje sylaby z "p", ale jako krótkie słowa globalne. Trochę pokręciłam, tzn. że za każdą sylabą kryje się konkret. I gdy nie pamięta sylaby mówię:- Fifiś a jak mówił koń, którego bolały zęby? - Pyyyyyy. - A no jasne, że py. Świetnie.





            Albo innym razem trzeba wjechać samochodzikiem do garażu - słowa, albo trzeba dane słowa podać pacynce do zjedzenia. A już jest najlepiej, jak o dany wyraz kłócą się pluszaki. Wiele zabaw wymyślonych na poczekaniu. O na przykład, w ogródku dostawałam błotne breje do jedzenia (pyszne zupy i co tylko moja dusza mogła sobie zażyczyć do jedzenia). To pach, rozkładam zalaminowane sylaby, słowa i mówię: -Poproszę kanapkę "auto" . I na auto jest nasypany piasek, położona trawa. I dostaję kanapkę do jedzenia. Dzieci zadowolone. I mama zachwycona, że przechytrzyła smyków, czytanie wprowadziła. I mimo, że cały dzień spędzony na powietrzu, czytanie zrealizowane.
A czasem wystarczy tylko obejrzeć prezentację PP w komputerze.  
             Filip jest na początku drogi, ale posuwamy się małymi kroczkami do przodu.
           Mikołaj. Mikołaj od półtora roku czyta globalnie (też ma na koncie dwie długie przerwy),  część wyrazów zapomniał, ale i wiele pamięta. Pojawiło się zainteresowanie literami. -Mama a okulary to zaczynają się na O. - Mama  a ta literka to tak jak w słowie kot. Itp. Nawet proste krótkie słówka zbudowane z liter, które zna, zaczął głoskować. G ł o s k o w a ć. Nastąpiło to, czego wystrzegałam się rękami i nogami. Dlatego też rozpoczęłam z nim nauczanie sylabowe. I mam nadzieję to głoskowanie wyprzeć, choć to trudne. Ale i globalnie też dalej powtarzamy, dalej poznaje nowe słowa, które wydaje mi się, że łapie szybciej niż na początku.
Pozbierałam wszystkie elementarze, jakie w domu mam, spisałam słowa, zwroty, jakie dziecko poznaje na początku.



 I tu pojawiło się "czytanie stolikowe", które oczywiście nie sprawiło tyle frajdy, co wcześniejsze zabawy. I zaczęło się kręcenie nosem!



 A ja myślałam, co tu począć. No ale jeśli to czytanie nazwać odszyfrowywaniem kodów  piratów, a na koniec mama zarzuca syna na ramię i gna z nim na wyspę skarbów, ooo to całkiem co innego, zmienia postać rzeczy. - Mamo pobawimy się w wyspę skarbów? - Mikiś, ale to musimy iść na górę, bo tam są kartki (jesteśmy na dworze). - No to co. - No dobra, to chodź.  I nie myślcie  sobie, że ta wyspa skarbów to słodycz czy nowa zabawka. Pewnie i mój budżet by tego nie wytrzymał. Wyspa skarbów, to pająk na suficie, kamień na dworze, szuflada, która kryje wiele staroci, a nawet (i tu przepraszam za słownictwo)  sraki ptaków na balkonie. Czy to nie cudowne, że byle czym można zachęcić dziecko do czytania? :)
 





P.S. A kto jest masochistą, może jeszcze poczytać o mojej niegasnącej miłości do czytania globalnego, o tu.

czwartek, 19 marca 2015

Książek Astrid Lindgren ciąg dalszy


           Moje dzieciątka pokochały Emila, Idę, Lottę i jej rodzeństwo i dzieciaki z Bullerbyn. Idąc dalej tym śladem zakupiliśmy "Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza" (do czytania na najbliższe dni):




Zaczęliśmy czytać o Nilsie Paluszku i już nam bardzo się podoba. A w książce wiele opowieści o dzieciństwie, o tym co dzieci zasmuca, a co cieszy.


Spójrzcie, jaka zachęcająca ilustracja:



Miki był zasmucony, że już więcej przygód cudownego Emila nie mamy, a tu niespodzianka: znaleźliśmy książeczkę "Mała Ida też chce psocić". Ale lektura ta ma jedną wadę... jest za krótka. Zdecydowanie za krótka. A w niej  jak zawsze prześmieszna przygoda/psota małego Emila z udziałem barana i Mai  Borówki i pierwsza psota słodkiej Idy. Chyba do czegoś się przyznam... Przyszła przesyłka z książkami. Starsze smyki na wyjeździe z tatą, niemowlak śpi, a ja co? Zamiast w tym czasie doprowadzać dom do jako takiego ładu, wywiesić pranie zalegające w pralce, wrzucić coś do garnka,  już nie mogłam się doczekać, coby zapoznać się z nową lekturę. Siadłam i przeczytałam i się pośmiałam. Zdziecinniałam? No ale podobno rodzice są na takim poziomie co ich dzieci. A potem znowu nie mogłam się doczekać, coby zapodać moim słuchaczom lekturę i cieszyć się ich wrażeniami i tymi rozdziawionymi buźkami. Przeczytajcie sami!





I ulubiony fragment Mikiego:




Inne nasze nowości. Popularna książka Tulleta, świetna do zabawy:




"Wojna liczb" -  dla czytelników zainteresowanych liczbami:





I kolejna książka Mizielinskich w naszym księgozbiorze. Rewelacja.  Okazja do liczenia, liczenia, liczenia, przeliczania i liczenia. Zajęcie akurat dla Mikołaja, który ciągle liczy (nawet podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych z łazienki dobiega: 1,2, 3... i potem w wersji po angielsku, i tak w kółko). 





"Masz Mikołaju i licz do woli" :) -  powiedziała mama, by zaspokoić potrzeby syna.  I liczy, i jest przeszczęśliwy.  I pewnie nic w tym dziwnego, że mały Filipek już zaczyna powtarzać cyfry po kolei (choć pewnie w tym nie ma jeszcze liczenia). I mówi: "Czytaj o jedynkach" ("Wojnę liczb").
W przypadku "Mam oko na liczby" można się też świetnie bawić. Wystarczą dwie osoby. Otwieramy na przykład na cyfrze siedem i liczymy na zmianę. A to jest tego siedem. I kolejna osoba. Kto już nie potrafi znaleźć czegoś w liczbie siedmiu, ten przegrywa. Zabawa wciąga. I chociaż w oczach już się pstrzy, i liczy się i liczy, to jednak tego liczenia nigdy dość. Jednym słowem polecamy.














czwartek, 12 marca 2015

Kacper patrzy


                Na pierwszym etapie  z niemowlaczkiem ćwiczymy odruch źreniczny. Dokładnie do Domana się nie stosowałam, który mówi, by naprzemiennie zakrywać oczka i świecić latarką (kilka sesji dziennie). A ja, zwykle podczas kąpieli, kilkakrotnie włączałam i wyłączałam światło. Właściwie zlecałam to zadanie starszym braciom, by od początku mieli zasługi w rozwoju brata. ;) Na drugim etapie również ćwiczymy odruch źreniczny a także postrzeganie konturów. Oglądanie kontrastów jest niezwykle ważne dla dziecięcia, bo zaczyna je dostrzegać i drogi wzrokowe dojrzewają. 
                 Ćwiczymy także dostrzeganie światła. W  ciemności/zmroku  kierujemy strumień światła na dłoń w zasięgu pola widzenia dziecka i czekamy aż nasz maluszek odnajdzie ten punkcik światła na dłoni. 
                 Po takich treningach możemy pokazywać karty z konturami rozwijające inteligencję dziecka. 

A im dalej w las, tym ilustracje powinny być bardziej skomplikowane z detalami. Szczegółowy program "pracy" z niemowlęciem, nie tylko o rozwijaniu wzroku, można znaleźć tutaj:

lub w już wychwalonej przeze mnie książce-poradniku K. Minge i N. Minge. Jak dla mnie klasyka, do której baaaaardzo często zaglądam, a jak jest dłuższa przerwa, to do niej tęsknię :). No i znowu chwalę. Tak czy siak do obydwu pozycji warto zajrzeć. (Choć ja dawno temu w ogóle nie czytałam poradników, ba, nawet wrzucałam je do kategorii podksiążek, a teraz namiętnie czytam poradnik za poradnikiem. A nawet muszę je mieć na własność). Doman = klasyka.
             Wracając do tematu. Kacperko również sobie patrzy, a jakże. Na początku oglądał pościel, poduszki, zasłonki.  Oczywiście można przygotować i otoczenie, jak najwięcej białego i czarnego w domu. A przezorna mama przygotowała się na tę okoliczność bardzo. Nawet w pewnym sklepie zakupiła czarno - białe podkładki do jedzenia, nie wiedząc jeszcze, że aż tak bardzo się przydadzą w edukacji kochanego dziecięcia ;).





W końcu podkładki trafiły na stół, a ja zmobilizowałam się i wydrukowałam kontrasty w ilości sztuk dziesięciu (nawet zalaminowane), teraz pora pomyśleć o następnych, bardziej skomplikowanych. A w planach jeszcze jakaś podusia, może i maskotki z tych to oto materiałów:

Efekty zapewne będą do obejrzenia na blogu :).

środa, 11 marca 2015

Co robią dzieci, gdy się nudzą?

              Miałam posta zatytułować Czym zająć dzieci? Ale ten drugi tytuł jest lepszy, bo to oni sami robią, co chcą. Tak tak, pozwalam dzieciom, by się nudziły. Nie włączam telewizora, zajmują się sami sobą i czymkolwiek chcą. Ja w tym czasie zwykle jestem zajęta albo bawię się z Kacperkiem. Oto fotorelacja z tego, co wybierają, by się jednak nie nudzić i niemającej dla nich czasu mamusi nad głową nie wisieć:
Oczywiście plastelina.

               
Pisanie, rysowanie, bazgranie, kolorowanie. (Na zdjęciu ze starszym bratem ciotecznym)



"Mamo włącz nam Zosię i Kevina!" (Strona do nauki angielskiego przez zabawę)
Puzzle, szał z nimi!

Klocki w każdej postaci: drewniane, plastikowe, codziennie.
                                                Co najmniej godzina. Dzieci i piasek kinetyczny.

Robią jeszcze wiele innych rzeczy, do których niepotrzebne są żadne zabawki, czy rekwizyty. No może pojemnik na pościel, by wypłynąć na morze i uciekać przed rekinami . Lub biegają po całym domu i są potężnymi żubrami albo bawią się w mamę, tatę i dziecko i wiele wiele innych rzeczy.




Fascynująca matematyka

         


         Matematyka... zmora wielu uczniów. Moja również, a to chyba wina mojej nauczycielki z podstawówki, potem w liceum też nie było rewelacji. I tym sposobem ta nienawiść ciągnęła się wiele lat. Do dziś mam koszmary senne...
            Chcę wspierać swoje dzieci w matematyce, by pokochały tę naukę (a ja może poznam przedmiot na nowo, gdy wraz z dziećmi przejdę przez różne szczeble ;)). I lubimy się bawić w liczenie.
            Miki odkąd zaczął liczyć biegle do 10, wprowadziłam cyferki. I z nimi było różnie, myliły się. Dlatego wymyślałam różne zabawy. A to gra w ponumerowane kręgle, a to zabawa w rybki, która przyjęła się na dłużej. Z jajek po kinderniespodziance zrobiliśmy sobie rybki (11), w każdym jajeczku znajdowała się karteczka z cyfrą od 0 do 10. Rybki sobie pływały, trzeba było je złowić. Po wyjęciu z wody należało wyjąć karteczkę z cyferką i włożyć z powrotem w rybkę, tyle robaczków (pocięte słomki), ile sobie życzyła tego rybka. W ten sposób się najadała  i wskakiwała z powrotem do wody. Dopiero ryba wyłowiona z robaczkami w środku mogła wylądować na patelni.




             Ale chyba najskuteczniejszym sposobem na utrwalenie cyferek okazała się .... umiejętność operowania pilotem. I tu słowo wyjaśnienia. Podczas mojej nieobecności (przedporodowe i poporodowe pobyty w szpitalu) moje dzieci oglądały bajki.... (yhm..) I tak się rozwydrzyli, że dopiero się odzwyczaili, długa to była ta walka z tv. Ale nie ma tego złego. Miki włącza tacie kanał, jaki tata zechce. "Miki pięć, Miki 9". Jeszcze czasem myli się 6 z 9. A włączenie 29 (TVP abc) to z zamkniętymi oczami.
           Rozpoczęliśmy kolejny szczebel - pierwsze próby dodawania i odejmowania. I już tu zaczęłam się frasować, jakby tu zacząć wprowadzać nastki, gdy Miki całkiem sam zaczął liczyć do 15 -16. Potem jest już chaos. Niedługo zacznę z nim pracować na tablicach Seguina, to sobie utrwali i pozna zapis graficzny. Miki liczy i liczy. Kilka razy w ciągu dnia liczy kilka razy pod rząd. Już wszyscy wujkowie i wszystkie ciocie wysłuchały ciąg:
Rok temu liczył do 5.
          Matematyka jest obecna codziennie. A to Miki próbuje pisać, liczy w książkach coś, podczas zabawy w sklep i wielu innych codziennych sytuacjach.
- Mikiś podaj mi 3 marchewki.
- Wsyp 8 łyżek.
- Mikiś podaj 6 jajek.
- Mikiś ile kupimy serków, by starczyło dla was i dla Jasia?
- Mikiś a jak Filipek miał 5 cukierków i zjadł dwa, to ile mu zostało?
Moje dziecię jest ciągle bombardowane tego rodzaju pytaniami i o dziwo nieznudzone przelicza, przynosi, podaje i odpowiada.

 
  Tu układa puzzle w pary, potem układa po kolei od 1 do 10.



              A w podróży albo pod drzwiami lekarza polecamy liczenie z Czuczu:


              Matematykę może zrozumieć każde dziecko, tak jak przyswoiło język ojczysty, tak zapozna się i z językiem matematycznym. Dlatego wprowadzajmy go codziennie naszym dzieciom. Dzieci uczone w domu w przyjaznej atmosferze są  w stanie zrozumieć i nauczyć się o wiele więcej niż to, co proponuje szkoła i program nauczania. Matematyka może pojawiać się mimo woli i bez przygotowywania pomocy dydaktycznych. Można liczyć wbijane jajka do ciasta, szacować, ile trzeba zrobić kroków by dojść tu i tu, odczytywanie, na które piętro się jedzie, ile potrzeba sztućców do obiadu, ile jest schodów, mierzyć centymetrem, czego jest więcej, ile nóg mają dwa psy, czego mniej i wiele wiele innych, co komu przyjdzie do głowy. W kuchni najłatwiej się nauczyć matematyki.
Pomóżmy dzieciom pokochać matematykę, by stała się fascynującą przygodą, a nie powodem koszmarów sennych.